|
|
|
 |
Michniowiec dzielił się na dwie części. Jedna, od strony Czarnej, miała Ośrodek Zdrowia. Stąd skręcając w lewo można było dojechać do Bystrego.
Jeżeli jednak, omijając mostek na Bystre, pojechało się dalej przez szerokie rzeczne rozlewisko, można było dotrzeć do granicy.
Bywało, że przepędzało się krowy aż tak daleko, żeby je paść na stromych zboczach, za którymi był Bandrów.
Potocznie o umownym podziale Michniowca mówiło się "ten kątek" lub "tamten kątek" w zależności, gdzie się mieszkało. Dla nas "tamten kątek" to był ten z Ośrodkiem Zdrowia.
Jedną, gęsto zaludnioną część od drugiej dzieliła pusta przestrzeń, na środku której znajdowała się strażnica WOP (później szkoła) i sklep ze świetlicą wiejską.
W naszym "kątku" była cerkiew (później kościół) i na samym końcu PGR. Kiedy budynek, w którym mieścił się sklep rozebrano (nie wiem czemu), tato musiał
podjąć decyzję, czy chce dalej handlować, ale we własnym domu. Pewnie gdyby tego nie zrobił Michniowiec nie miałby wcale sklepu. Tak więc w małym pokoju
zainstalowano w oknach kraty, przeniesiono do sieni beczkę z naftą i sklep zaczął funkcjonować pod jednym dachem ze sklepowym. Było z
tym niby wygodniej, bo nie trzeba było chodzić do pracy, ale jednocześnie stało się utrapieniem, bo na nic były dni i godziny "urzędowania".
Kiedy przyjeżdżałam na wakacje i sprzedawałam, musiałam ciągle biegać i otwierać ten interes. A to komuś w czasie obiadu zabrakło soli, a to chleba.
I tak przez cały dzień. Gorzej było w nocy (kiedy jeszcze wolno było sprzedawać alkohol). Co i rusz tłukł się ktoś, komu zabrakło "do syta". Nie było mowy o spokoju
i ciszy nocnej. Młodzież obsiadywała ławkę koło studni, pijacy raczyli się "pisanym patykiem" pod starymi lipami. Czasem, jak już dobrze
kurzyło się z łbów, zaczynały się bijatyki. Do dziś w drzwiach domu są wgłębienia od uderzeń pewnego Jaśka, który zrobił je osełką do
ostrzenia kosy, bo nie chcieliśmy mu otworzyć sklepu. Ledwo już stał na nogach, a jeszcze mu było mało.
|
|
|
 |
|
|